|
Historia Hany i
Zygfryda - historia niezwykła, ale prawdziwa
Latem 1827 roku gorące słońce radośnie
oświetlało niewielki plac na rynku, miasteczka
położonego w pięknej dolinie Zillertal w austriackim
Tyrolu. Mieszkańcy miasteczka i przybyła na jarmark
ludność z okolicznych wiosek, otoczyli rozłożony na
bruku kwiecisty dywanik. Odbywało się na nim coś
niezwykłego. Z ust zapatrzonych widzów od czasu do
czasu wyrywały się okrzyki zdumienia oraz śmiech.
Wśród gapiów stała mała dziewczynka w wieku około 8
lat, która z szeroko otwartymi niebieskimi oczami
namiętnie śledziła każdy ruch różnobarwnych postaci
biorących udział w przedstawieniu. Szybkim ruchem
ręki odtrącała kosmyki nieposłusznych jasnoblond
włosów, które wymykały się z warkocza wskutek
częstych porywów wiatru i układały się na jej
ślicznej twarzyczce. Przedstawienie dobiegało końca,
stary klown jeszcze przygrywał swoją melodię na
harmonijce i z radosną miną zapraszał na wieczorne
przedstawienia cyrku wędrownego, którego obóz był
rozbity na łące pod miastem. Swawolny biały pies z
kokardą na ogonie, tańcząc na tylnych łapach
wykonywał piruety. Mała, smukła dziewczynka pięknie
wystrojona, zbierała do czarnego cylindra chętnie
rzucane monety. Młodzieniec w stroju cyrkowym, który
minutę wcześniej popisywał się swoją siłą rozrywając
żelazne łańcuchy, zwijał już dywanik i zbierał
cyrkowe rekwizyty. Potem wszyscy wsiedli do powozu,
który ciągnął wystrojony koń i odjechali. Kolorowe
afisze na bocznych ścianach powozu przedstawiały
klowna jeszcze niedawno oklaskiwanego, żonglera z
piłkami, siłacza i dwa konie, na grzbietach których
stała woltyżerka w różowym kostiumie i jeździec w
błękitnym trykocie. Grupa gapiów, której
przewodniczył tłum dzieci na czele z biegnącą
dziewczynką jakiś czas towarzyszyła odjeżdżającym.
Po powrocie do domu Hana (właśnie tak nazywano
dziewczynkę) z wypiekami na buzi i błyskiem w oczach
opowiadała rodzicom, bratu i siostrze o wydarzeniu,
które zakłóciło senną, spokojną atmosferę
miasteczka. Do końca dnia dziewczynka chodziła na
palcach, nucąc zapamiętaną melodią i nudziła
rodziców prośbami, żeby koniecznie pójść całą
rodziną do cyrku na wieczorne przedstawienie.
Rodzice nie potrafili się sprzeciwić swojej
ukochanej młodszej córeczce. Tak więc wieczorem,
cała rodzina wybrała się do cyrku i jak się okazało,
mieszkańcy miasteczka i pobliskich wiosek zajęli już
wszystkie miejsce pod namiotem cyrkowym.
Co to było za przedstawienie! Rodzice patrząc
na jaśniejącą z radości twarz córki cieszyli się z
tego, że sprawili jej taką przyjemność. Nieszczęśni,
nie wiedzieli jak się to wszystko zakończy! Klown
przechodził samego siebie rozśmieszając publiczność
do łez. Akrobaci pokazywali takie sztuczki, że aż
zapierało dech w piersiach, żonglerzy żonglowali
piłeczkami, obręczami, a potem na arenę, krocząc w
takt muzyki, weszły konie, które na komendę tresera
potrząsały grzywami, klękały oraz stawały dęba. W
momencie kiedy konie ustawiły się w dwóch rzędach,
na arenę wjechał pięknie przystrojony kary koń, na
grzbiecie którego wokół areny kłusowała młoda
pięknie ubrana dziewczyna, po czym zaczęła się
woltyżerka. Hanna zamilkła, siedziała wstrzymując
oddech i zamierała w najbardziej emocjonujących
momentach. Było już ciemno, kiedy cyrk opustoszał.
Niedawni widzowie, rozchodząc się do domu żywo
gestykulowali i głośno przekrzykując się, ponownie
przeżywali minione już chwile. Tylko Hana szła cicha
i zamyślona. Zaniepokojeni rodzice pytali ją co się
stało i nie mogli zrozumieć - przecież dopiero co,
żywo reagowała na przedstawienie, a teraz nagle
zamilkła. Może się jej nie podobało? Może się
zmęczyła? Bardzo jej się podobało i wcale nie była
zmęczona, chciała tylko jeszcze raz obejrzeć występ,
ponieważ wiedziała, że pojutrze cyrk odjedzie i
niewiadomo kiedy jeszcze będzie mogła zobaczyć tak
wspaniałe widowisko. Rodzice zgodzili się, żeby
również jutro Hana wraz z bratem i siostrą ponownie
obejrzała przedstawienie.
Na drugi dzień o świcie zniknęły wozy cyrkowe
..., a wraz z nimi zniknęła również mała Hana. Na
jej łóżku pozostała szmaciana lalka, ubrana w
starannie uszyty strój woltyżerki. Rozpacz rodziców
była ogromna, a kiedy mówiono o zniknięciu
ukochanego dziecka, wszyscy przypominali sobie, jak
dziewczynka zachwycała się cyrkiem, przypominali
sobie jej opowiadania, naśladowanie artystów, a
potem jej zamyślenie, powagę i ślady łez. Było
widać, że decyzja opuszczenia domu była dla niej
trudna i zostało wylanych morze łez, jednak nic nie
mogło stanąć na przeszkodzie, to było przesądzone w
losie dziewczynki.
Tyrol pozostawał w tyle, a przed nią otwierał
się cały świat.
Przez Włochy wraz z cyrkiem dotarła do
Francji, gdzie została zauważona przez nauczycieli
ze sławnej paryskiej filii szkoły cyrkowej "Astleya".
Mogła tu zrealizować swoje marzenia i zostać cyrkową
woltyżerką. Ciężka praca na równi z wrodzonym
talentem i miłością do zawodu, szczodrze została jej
wynagrodzona. Zuzanna - taki pseudonim sceniczny
przyjęła, stawała się coraz bardziej popularna. Na
wyścigi zapraszano ją do najbardziej znanych grup
cyrkowych, dopóki w końcu nie związała się z dwoma
najbardziej znanymi cyrkami: Chiarini i Finardi.
Podczas występów we Wiedniu, cyrk Finardi otrzymał
uroczyste zaproszenie na otwarcie nowo powstałego
cyrku stacjonarnego w St. Petersburgu.
Po zdobyciu wielkiej sławy, Hanna - Zuzanna
nosiła w sercu smutek i tęsknotę z rodziną, za
krajem dzieciństwa. Pewnego dnia skorzystała z tego,
że trasa nowego tournee przebiegała blisko Tyrolu i
po wyproszeniu kilku dni wolnych, szczęśliwa Hanna
latem 1838 wybrała się do rodzinnego miasteczka
położonego w dolinie wysokich Alp. I ..., oto pędzi
na skrzydłach radości w przeczuciu szybkiego
spotkania z bliskimi.
Ostatnie kilometry przemierzyła galopem na
swoim ulubionym koniu. Już w oddali widoczna była
dzwonnica maleńkiego kościółka, jednak jakaś dziwna
pustka i cisza otaczały to wysokogórskie miasteczko.
Hanna w porywie radości nie zauważyła niepokojących
oznak. Skręcając w znaną uliczkę, wjechała do bramy
i zatrzymała konia na środku podwórka. Dopiero tutaj
zrozumiała, ze przejechała całe miasto nie
spotykając zupełnie nikogo! Jej dom, również stał
opuszczony i smutny. Wystraszona dziewczynka pognała
konia i pojechała na rynek - tu, gdzie kilka lat
temu po raz pierwszy zetknęła się ze światem cyrku,
gdzie początek miały jej przygody.
Kilka osób znajdowało się na placu, w
milczeniu obserwowano pięknie ubraną, śliczną damę.
Nikt nie poznał w niej małej Hany, ale ona również
nie od razu poznała tych, którzy się tam
zgromadzili. "Proszę powiedźcie co się stało, gdzie
są moi rodzice, brat i siostra, gdzie są pozostali
mieszkańcy miasta?" - spytała.
Starzec w stroju tyrolskim spuścił głowę i ze
smutkiem w głosie zaczął opowiadać o
prześladowaniach religijnych skierowanych na
mieszkańców doliny, którzy w większości byli
protestantami. W minionym 1837 roku zostali oni
postawieni przed wyborem: przyjąć katolicyzm albo
opuścić Tyrol. Tylko siedem osób, wśród nich również
stary Otto wolał przyjąć inną wiarę, niż opuszczać
Tyrol - byli oni zbyt starzy, żeby wybrać się w
daleką drogę. Pozostałych 400 mieszkańców
miasteczka, a wśród nich również rodzina Hany, na
wozach i pieszo opuścili Tyrol i udali się na Śląsk,
gdzie król Fryderyk Wilhelm III pozwolił się im
osiedlić w dolinie Łomnicy, u podnóża Karkonoszy.
Po zakończeniu tej smutnej opowieści, stary
Otto zaprosił Hanę do siebie i wręczył jej list od
rodziców, którzy zawsze wierzyli w jej powrót do
domu. Przyciskając list do piersi, zalewając się
łzami, siadła na konia i wróciła do cyrku. Jednak
pragnienie odszukania rodziców nie dawało jej
spokoju. Tak długo prosiła Finardi - gospodarza
cyrku, żeby udać się z zespołem w stronę Pragi i
Wrocławia, że w końcu uległ jej prośbie i cyrk udał
się nową trasą.
W czasie długich podróży, dziewczyną opiekował
się stary dobry klown August. Wesoły na arenie i
smutny poza nią, który był dla niej jak ojciec, w
miarę możliwości pocieszał zasmuconą Hannę
zapewniając ją, że na pewno znajdzie swoich
krewnych.
Przejeżdżając przez Dolny Śląsk, tabor cyrkowy
udał się na prośbę lubianej przez wszystkich
woltyżerki do miasta Ermannsdorf (Mysłakowice). Na
tych ziemiach w 1838 roku osiedlili się mieszkańcy z
Zillertal, którzy zbudowali tu czterdzieści trzy
domy w stylu tyrolskim z drewna pozyskanego z
podarowanego im przez króla lasu. Tak powstała
kolonia, która na pamiątkę swojej ojczystej ziemi
przyjęła nazwę Zillertal. Finardi zwrócił się do
Johana Fleidla, pierwszego starosty kolonii z prośbą
o pozwolenie na rozbicie na trzy dni obozu cyrkowego
i możliwość zorganizowania dwóch przedstawień dla
miejscowych arystokratów i ludności. Starosta Fleidl
nie udzielił zgody, ale zaproponował, aby zwrócić
się do hrabiny Marii Teresy Matuschko, wielkiej
właścicielki ziemskiej. Hrabina, która słynęła ze
zdrowego rozsądku i chętnie okazywała wsparcie na
rzecz kultury i sztuki we wszystkich jego
przejawach, pozwoliła na trzy dni rozłożyć obóz na
pięknej równej łące obok wsi Arnsdorf (Miłków),
niedaleko jej pałacu. Obiecała nawet zaprosić na
pierwsze przedstawienie miejscową arystokrację i
ważne osobistości, mieszkające u podnóża Karkonoszy.
Hana miała nadzieję, że te trzy dni wystarczą
jej, żeby odnaleźć rodzinę. Dosiadła
najpiękniejszego konia z cyrkowej stajni i udała się
w znanym kierunku. Szybko odnalazła kolonię, którą z
daleka można było poznać po tyrolskiej architekturze
i wpadła w objęcia stęsknionej rodziny.
Rodzice nie ukrywali łez radości, widząc
przybyłą do nich córkę. Przed domem tłumnie
gromadzili się sąsiedzi - ci sami, z którymi rodzina
sąsiadowała w Tyrolu. Rodzice pomimo tego, że dumni
byli ze swojej sławnej córki, to prosili ją żeby
porzuciła cyrk i pozostała razem z nimi. Gorąco
pragnęli, żeby córka szczęśliwie wyszła za mąż i
urodziła zdrowe, wesołe wnuki. Przekonywali ją, że
tu w kolonii jest wystarczająco dużo młodych
mężczyzn i każdy z nich byłby szczęśliwy, gdyby Hana
zgodziłaby się wyjść za niego za mąż. W tłumie
zebranych mieszkańców, oparty o płot, stał również
Zygfryd, syn najbliższych sąsiadów. Nie odrywał oczu
od uroczej dziewczyny. Chłopak był piękny, młody i
silny. Kiedy Hanie przedstawiono Zygfryda, młodzi
spojrzeli sobie głęboko w oczy i stało się to, co
powinno było się stać, przyszła miłość od pierwszego
wejrzenia. Hana zaprosiła wszystkich mieszkańców na
wieczorne przedstawienie, gdyż bardzo chciała, żeby
bliscy zobaczyli ją na scenie i zrozumieli, czym dla
niej jest cyrk i kim ona jest w cyrku. Po spektaklu,
który został bardzo gorąco przyjęty przez widzów,
Hana zaprosiła rodzinę i Zygfryda do swojego powozu,
oprowadziła ich po cyrkowym obozie i pokazała
swojego ukochanego konia. Poznała swoich krewnych z
artystami i z ogromnym wzruszeniem przedstawiła im
starego klowna Augusta, który opiekował się nią
przez długi czas.
August uważnie przypatrywał się Zygfrydowi, po
którym było widać, że nie tylko bez pamięci jest
zakochany w Hanie, ale i ze znawstwem patrzy na
konia. "Zna się na koniach, kocha Hanę i lubi
zwierzęta" - myślał August.
Każdą wolną chwilę Hana spędzała w kręgu
rodziny i u boku Zygfryda. Razem spacerowali wokół
obozu, patrzyli sobie w oczy trzymając się za ręce,
szeptali piękne słowa o miłości Wieczorem, w
przeddzień odjazdu cyrku, obydwoje zapisali na
kartce papieru swoje uczucia i złożyli przysięgę
wiecznej miłości. Kartkę włożyli do szkatułki, którą
razem z kokardką od sukienki Hany i sprzączką od
paska Zygfryda, zakopali na środku areny. Jednakże
młody Tyrolczyk nie chciał rozstawać się z
dziewczyną, a widząc z jaką troskliwością stary
klown dba o Hanę, Zygfryd postanowił zwrócić się do
niego z prośbą o radę. August bez wahania
odpowiedział, że na jego miejscu długo by się nie
zastanawiał i wstąpiłby do cyrku. Sam natomiast
przekonał Finardi, że z młodzieńca będzie dobry
artysta cyrkowy i mąż dla jego małej woltyżerki.
Przyszedł czas odjazdu cyrku i czas rozstania.
Hanna obiecała krewnym, że na pewno wróci w te
strony. Jednak pomimo zapewnień córki, małomówny
ojciec dziewczyny zrozumiał, że już nigdy więcej jej
nie zobaczy, a po policzkach starego doświadczonego
przez życie człowieka popłynęły łzy. Rodzice
Zygfryda nie mogli pogodzić się z odjazdem syna i do
ostatniej chwili namawiali go, aby porzucił zamiar o
wyjeździe i nie zostawiał ich samych na stare lata.
Cyrk odjechał i zabrał ze sobą zakochanych, pozostał
tylko ból i smutek.
Mijał czas, koła powozów cyrkowych pokonywały
dni, tygodnie, miesiące. Trupa mknęła po drogach
Europy. Sława Hany- Zuzanny nie gasła. Zygfryd
troszczył się o konie, przejmując jednocześnie od
starego klowna jego rolę i wzbogacając sztuczki
własnym talentem. Po pewnym czasie występował na
arenie ze swoim programem.
Jednak nie tylko sława i radość towarzyszyły
naszym bohaterom. W czasie gościnnych występów w
Keningsbergu, na arenie w świetle reflektorów i
głośnych braw nagle zmarł August. Cała cyrkowa
rodzina pogrążyła się w żałobie, szczególnie zaś
Hana i Zygfryd. Zygfryd na pamiątkę po nauczycielu
przyjął jego imię August Dammer, tzn. August Smutny.
Artyści podążali wciąż dalej i dalej, kierując
się do St. Petersburga na otwarcie niedawno
wybudowanego cyrku, na które będąc jeszcze w
Wiedniu, otrzymali zaproszenie. Miasto wywarło na
nich ogromne wrażenie, zabudowane wysokimi
budynkami, z dużą ilością białych cerkwi
zakończonych bajkowymi kopułami. Szczególnie urzekła
ich jasna majestatyczna budowla nowego
petersburskiego cyrku. Na kolejny dzień, grupa
Finardi miała wystąpić na dużym przedstawieniu
premierowym. W całej grupie dawało się wyczuć
ogromne zdenerwowanie, chociaż każdy w głębi duszy
był przekonany, że odniosą wielki sukces. Tak też
się stało. Szczególnym powodzeniem cieszył się pokaz
woltyżerki, której sceniczny pseudonim Zuzanna stał
się popularny w całym mieście. Nie było nikogo, kto
by nie chciał zobaczyć jej niezwykłego występu.
Każdy, kto tego dnia przebywał w Petersburgu,
opuszczał miasto oczarowany niezrównaną pięknością i
mistrzostwem młodej dziewczyny, rozpowiadając o jej
sławie w całym kraju. Każdy salon czuł się
zaszczycony, mogąc urządzić specjalne przyjęcie na
cześć Hany - Zuzanny.
W takie wieczory Zygfryd pozostawał samotny,
szedł do stajni i głaskał konia Hany - Lancelota -
jedynego rozmówcę w ciągu ostatnich dni i mówił:
"Widzisz mój drogi, teraz nie jesteśmy nikomu
potrzebni. Dla naszej pani droższe jest bogactwo
salonów, promienie sławy, a my pozostaliśmy na
świecie całkiem sami". Jedną z takich rozmów
przerwała Hana, która weszła do stajni w
poszukiwaniu swojego ukochanego. "Jak to? Czyżbym
bardziej niż Was ceniła czyjeś uśmiechy? Przecież
tylko Wy: Arena, Zygfryd i Lancelot, jesteście całym
moim światem, całym moim życiem! Niczego innego nie
potrzebuję!" Ze łzami w oczach rzucili się sobie w
ramiona i po raz kolejny złożyli sobie przysięgę
miłości na całe życie, a Lancelot z akceptacją
pokiwał głową. Jednak ani Zygfryd, ani koń nie
przeczuwali tego, co może się stać.
Częste spektakle i bisy, spotkania towarzyskie
i rozrywki odbiły się na zdrowiu młodej
niedoścignionej woltyżerki. Czuła się ona coraz
bardziej zmęczona.
Zuzanna wjeżdżając na arenę, stała na
grzbiecie Lancelota i z uśmiechem, machając ręką
witała się z widzami, a jej widok wciąż wywoływał w
nich entuzjazm. I nic dziwnego, cały czas poziom jej
wspaniałych występów był niezwykle wysoki. Ubrana w
pasiasty, obszyty złotem kostium woltyżerki, w
świetle różnobarwnych reflektorów wykonywała "taniec
elfów" - swój popisowy numer składający się z
oryginalnych ewolucji, wykonywanych w pozycji
stojącej na grzbiecie konia. Po kilku sztuczkach na
arenie, z gracją zeskakiwała z konia, żeby swój
numer zakończyć czarującym krokiem tanecznym.
Podczas jednego z takich występów, kiedy
Zuzanna wykonywała swój popisowy taniec na skaczącym
koniu, straciła przytomność i upadła na arenę.
Dziewczynę zaniesiono do garderoby, ale na próżno -
umierała. Znajdując w sobie siły, aby uśmiechnąć się
do Zygfryda szepnęła: "Kochany, przypomnij sobie
naszą przysięgę", o czym jej błękitne oczy zamknęły
się na zawsze.
W rozpaczy po śmierci swojej jedynej miłości,
Zygfryd długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. Bez
celu przez wiele lat błąkał się po świecie, dopóki
pewnego dnia nie dotarł do Erdmannsdorfu i Zillertal
(Mysłakowice). Jednak ani jego rodziców, ani
rodziców Hany nie było już pośród żywych.
Brat i siostra dziewczyny wyjechali w nieznanym
kierunku. Zygfryd odwiedził groby krewnych - były
czyste i zadbane, a czyjaś troskliwa ręka położyła
na nich skromne polne kwiaty. Świadczyło to o tym,
że pamięć o ich rodzicach była żywa w kolonii
Zillertal. W domach rodziców mieszkali obcy ludzie,
a przed budynkami bawiły się nieznane mu dzieci.
Nawet hrabiny nie było już wśród żywych.
August - Dammer, August - Smutny wybrał się na
łąkę, gdzie wiele lat temu spędził szczęśliwe chwile
z Hana. Znalazł miejsce, w którym zakochani złożyli
przysięgę. Po minucie trzymał w ręce otwartą
szkatułkę. Ze wzruszeniem wziął naruszoną już przez
czas kartkę papieru i czytając wyblakłe słowa odczuł
ich znaczenie w swoim sercu, po czym zapłakał nad
listem, nad swoim minionym szczęściem, nad młodą
Haną. Wyciągnął spod koszuli aksamitną wstążkę,
którą były związane włosy i położył ją obok kartki.
Długo siedział Zygfryd August Smutny pogrążając się
we wspomnieniach, a wraz ze łzami uchodził ból i
przychodziło uspokojenie. Zdecydował, że jeśli uda
mu się zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, to na
pamiątkę o ukochanej, na cześć Hany - Zuzanny,
wybuduje na tym miejscu, w Arnsdorf (Miłków), u stóp
góry Śnieżki cyrk. Swoją decyzję zaświadczył na
kartce, którą włożył do szkatułki i zakopał na
poprzednim miejscu, a tam gdzie spadły łzy Augusta
wytrysnęło źródełko.
Po jakimś czasie Zygfryd odwiedził Sankt
Petersburg i cyrk, w którym Hana odniosła niebywały
sukces, gdzie wraz ze znajomymi mógł powspominać
przeszłość. Następnie Zygfryd pożegnał się z nimi i
wyjechał. Nikt więcej już go nie widział.
A słońce jak zwykle zaszło za góry
przynosząc światu noc
Historię tę usłyszałem od starego klowna,
kiedy będąc w Petersburgu odwiedziłem znajomych z
cyrku i opowiedziałem im o swoim zamiarze
zamieszkania w Polsce, a dokładnie w Miłkowie, u
podnóża góry Śnieżki. Właśnie wtedy stary
petersburski klown zaczął przypominać sobie, że te
nazwy nie są mu obce, słyszał o tych miejscach od
swojego poprzednika, a ten od swojego, a ten od
swojego ... itd. Tam gdzieś w tajemnicy czasu leżą
źródła tej historii.
Wzruszyło mnie opowiadanie o Zuzannie i
Zygfrydzie, ale potok spraw i wydarzeń wycisnął z
pamięci tę historię lub być może legendę.
Dwa lata temu natknąłem się na źródełko,
którego smak wody był wspaniały. Postanowiłem
wykopać w tym miejscu studnię dla nas i dla naszych
zwierząt - mamy konie, psy i wielbłąda Chestera.
Nietrudno sobie wyobrazić moje zdziwienie,
kiedy łopata na coś natrafiła. Nie był to kamień,
ale zardzewiała szkatułka.
Długo mocowałem się aby ją otworzyć, a kiedy
uparty przedmiot w końcu pozwolił mi zajrzeć do
środka, po prostu oniemiałem. Wewnątrz znajdował się
rulon papieru przewiązany niegdyś prawdopodobnie
czerwoną aksamitną wstążką. Przyniosłem znaleziony
przedmiot do domu, rozwiązałem kokardkę i jak tylko
mogłem, ostrożnie rozwinąłem kartkę. Zawierała
wypłowiały, ale wciąż w pełni czytelny rękopis.
Niestety nie znałem tego języka. Okazało się, że
list był napisany w języku starogermańskim.
Zawołałem swojego przyjaciela, który zna niemiecki i
wspólnymi siłami odczytaliśmy pismo.
Przyjaciel patrzył na mnie z niepokojem, kiedy
odłożyliśmy list na stół. Zasłoniłem twarz rękoma,
zamyśliłem się i stopniowo zacząłem rozumieć co
takiego znalazłem. Przecież to niemożliwe, to nie
może być prawda, żeby ów znaleziony przedmiot w
szkatułce potwierdzał historię, która krążyła przez
dwa stulecia w świecie cyrku. Ale tak właśnie było!
Wtedy zrozumiałem, że nieprzypadkowo
usłyszałem tę historię i znalazłem szkatułkę.
Powinienem stać się wykonawcą woli Augusta Zygfryda
i urzeczywistnić jego marzenie, tzn. oddać cześć
nadzwyczajnej woltyżerce, czystej miłości i
niezwykle pięknemu światu cyrku.
I tak też się stanie.
Michaił Pawłow
Miłków, 2002 rok. |