Licznik 
Licznik odwiedzin                                           Wejście                                    >> zobacz film <<  
Historia Hany i Zygfryda - historia niezwykła, ale prawdziwa

      Latem 1827 roku gorące słońce radośnie oświetlało niewielki plac na rynku, miasteczka położonego w pięknej dolinie Zillertal w austriackim Tyrolu. Mieszkańcy miasteczka i przybyła na jarmark ludność z okolicznych wiosek, otoczyli rozłożony na bruku kwiecisty dywanik. Odbywało się na nim coś niezwykłego. Z ust zapatrzonych widzów od czasu do czasu wyrywały się okrzyki zdumienia oraz śmiech. Wśród gapiów stała mała dziewczynka w wieku około 8 lat, która z szeroko otwartymi niebieskimi oczami namiętnie śledziła każdy ruch różnobarwnych postaci biorących udział w przedstawieniu. Szybkim ruchem ręki odtrącała kosmyki nieposłusznych jasnoblond włosów, które wymykały się z warkocza wskutek częstych porywów wiatru i układały się na jej ślicznej twarzyczce. Przedstawienie dobiegało końca, stary klown jeszcze przygrywał swoją melodię na harmonijce i z radosną miną zapraszał na wieczorne przedstawienia cyrku wędrownego, którego obóz był rozbity na łące pod miastem. Swawolny biały pies z kokardą na ogonie, tańcząc na tylnych łapach wykonywał piruety. Mała, smukła dziewczynka pięknie wystrojona, zbierała do czarnego cylindra chętnie rzucane monety. Młodzieniec w stroju cyrkowym, który minutę wcześniej popisywał się swoją siłą rozrywając żelazne łańcuchy, zwijał już dywanik i zbierał cyrkowe rekwizyty. Potem wszyscy wsiedli do powozu, który ciągnął wystrojony koń i odjechali. Kolorowe afisze na bocznych ścianach powozu przedstawiały klowna jeszcze niedawno oklaskiwanego, żonglera z piłkami, siłacza i dwa konie, na grzbietach których stała woltyżerka w różowym kostiumie i jeździec w błękitnym trykocie. Grupa gapiów, której przewodniczył tłum dzieci na czele z biegnącą dziewczynką jakiś czas towarzyszyła odjeżdżającym.

      Po powrocie do domu Hana (właśnie tak nazywano dziewczynkę) z wypiekami na buzi i błyskiem w oczach opowiadała rodzicom, bratu i siostrze o wydarzeniu, które zakłóciło senną, spokojną atmosferę miasteczka. Do końca dnia dziewczynka chodziła na palcach, nucąc zapamiętaną melodią i nudziła rodziców prośbami, żeby koniecznie pójść całą rodziną do cyrku na wieczorne przedstawienie. Rodzice nie potrafili się sprzeciwić swojej ukochanej młodszej córeczce. Tak więc wieczorem, cała rodzina wybrała się do cyrku i jak się okazało, mieszkańcy miasteczka i pobliskich wiosek zajęli już wszystkie miejsce pod namiotem cyrkowym.

      Co to było za przedstawienie! Rodzice patrząc na jaśniejącą z radości twarz córki cieszyli się z tego, że sprawili jej taką przyjemność. Nieszczęśni, nie wiedzieli jak się to wszystko zakończy! Klown przechodził samego siebie rozśmieszając publiczność do łez. Akrobaci pokazywali takie sztuczki, że aż zapierało dech w piersiach, żonglerzy żonglowali piłeczkami, obręczami, a potem na arenę, krocząc w takt muzyki, weszły konie, które na komendę tresera potrząsały grzywami, klękały oraz stawały dęba. W momencie kiedy konie ustawiły się w dwóch rzędach, na arenę wjechał pięknie przystrojony kary koń, na grzbiecie którego wokół areny kłusowała młoda pięknie ubrana dziewczyna, po czym zaczęła się woltyżerka. Hanna zamilkła, siedziała wstrzymując oddech i zamierała w najbardziej emocjonujących momentach. Było już ciemno, kiedy cyrk opustoszał. Niedawni widzowie, rozchodząc się do domu żywo gestykulowali i głośno przekrzykując się, ponownie przeżywali minione już chwile. Tylko Hana szła cicha i zamyślona. Zaniepokojeni rodzice pytali ją co się stało i nie mogli zrozumieć - przecież dopiero co, żywo reagowała na przedstawienie, a teraz nagle zamilkła. Może się jej nie podobało? Może się zmęczyła? Bardzo jej się podobało i wcale nie była zmęczona, chciała tylko jeszcze raz obejrzeć występ, ponieważ wiedziała, że pojutrze cyrk odjedzie i niewiadomo kiedy jeszcze będzie mogła zobaczyć tak wspaniałe widowisko. Rodzice zgodzili się, żeby również jutro Hana wraz z bratem i siostrą ponownie obejrzała przedstawienie.

      Na drugi dzień o świcie zniknęły wozy cyrkowe ..., a wraz z nimi zniknęła również mała Hana. Na jej łóżku pozostała szmaciana lalka, ubrana w starannie uszyty strój woltyżerki. Rozpacz rodziców była ogromna, a kiedy mówiono o zniknięciu ukochanego dziecka, wszyscy przypominali sobie, jak dziewczynka zachwycała się cyrkiem, przypominali sobie jej opowiadania, naśladowanie artystów, a potem jej zamyślenie, powagę i ślady łez. Było widać, że decyzja opuszczenia domu była dla niej trudna i zostało wylanych morze łez, jednak nic nie mogło stanąć na przeszkodzie, to było przesądzone w losie dziewczynki.

     Tyrol pozostawał w tyle, a przed nią otwierał się cały świat.

      Przez Włochy wraz z cyrkiem dotarła do Francji, gdzie została zauważona przez nauczycieli ze sławnej paryskiej filii szkoły cyrkowej "Astleya". Mogła tu zrealizować swoje marzenia i zostać cyrkową woltyżerką. Ciężka praca na równi z wrodzonym talentem i miłością do zawodu, szczodrze została jej wynagrodzona. Zuzanna - taki pseudonim sceniczny przyjęła, stawała się coraz bardziej popularna. Na wyścigi zapraszano ją do najbardziej znanych grup cyrkowych, dopóki w końcu nie związała się z dwoma najbardziej znanymi cyrkami: Chiarini i Finardi. Podczas występów we Wiedniu, cyrk Finardi otrzymał uroczyste zaproszenie na otwarcie nowo powstałego cyrku stacjonarnego w St. Petersburgu.

      Po zdobyciu wielkiej sławy, Hanna - Zuzanna nosiła w sercu smutek i tęsknotę z rodziną, za krajem dzieciństwa. Pewnego dnia skorzystała z tego, że trasa nowego tournee przebiegała blisko Tyrolu i po wyproszeniu kilku dni wolnych, szczęśliwa Hanna latem 1838 wybrała się do rodzinnego miasteczka położonego w dolinie wysokich Alp. I ..., oto pędzi na skrzydłach radości w przeczuciu szybkiego spotkania z bliskimi.

      Ostatnie kilometry przemierzyła galopem na swoim ulubionym koniu. Już w oddali widoczna była dzwonnica maleńkiego kościółka, jednak jakaś dziwna pustka i cisza otaczały to wysokogórskie miasteczko. Hanna w porywie radości nie zauważyła niepokojących oznak. Skręcając w znaną uliczkę, wjechała do bramy i zatrzymała konia na środku podwórka. Dopiero tutaj zrozumiała, ze przejechała całe miasto nie spotykając zupełnie nikogo! Jej dom, również stał opuszczony i smutny. Wystraszona dziewczynka pognała konia i pojechała na rynek - tu, gdzie kilka lat temu po raz pierwszy zetknęła się ze światem cyrku, gdzie początek miały jej przygody.

      Kilka osób znajdowało się na placu, w milczeniu obserwowano pięknie ubraną, śliczną damę. Nikt nie poznał w niej małej Hany, ale ona również nie od razu poznała tych, którzy się tam zgromadzili. "Proszę powiedźcie co się stało, gdzie są moi rodzice, brat i siostra, gdzie są pozostali mieszkańcy miasta?" - spytała.

      Starzec w stroju tyrolskim spuścił głowę i ze smutkiem w głosie zaczął opowiadać o prześladowaniach religijnych skierowanych na mieszkańców doliny, którzy w większości byli protestantami. W minionym 1837 roku zostali oni postawieni przed wyborem: przyjąć katolicyzm albo opuścić Tyrol. Tylko siedem osób, wśród nich również stary Otto wolał przyjąć inną wiarę, niż opuszczać Tyrol - byli oni zbyt starzy, żeby wybrać się w daleką drogę. Pozostałych 400 mieszkańców miasteczka, a wśród nich również rodzina Hany, na wozach i pieszo opuścili Tyrol i udali się na Śląsk, gdzie król Fryderyk Wilhelm III pozwolił się im osiedlić w dolinie Łomnicy, u podnóża Karkonoszy.

      Po zakończeniu tej smutnej opowieści, stary Otto zaprosił Hanę do siebie i wręczył jej list od rodziców, którzy zawsze wierzyli w jej powrót do domu. Przyciskając list do piersi, zalewając się łzami, siadła na konia i wróciła do cyrku. Jednak pragnienie odszukania rodziców nie dawało jej spokoju. Tak długo prosiła Finardi - gospodarza cyrku, żeby udać się z zespołem w stronę Pragi i Wrocławia, że w końcu uległ jej prośbie i cyrk udał się nową trasą.

      W czasie długich podróży, dziewczyną opiekował się stary dobry klown August. Wesoły na arenie i smutny poza nią, który był dla niej jak ojciec, w miarę możliwości pocieszał zasmuconą Hannę zapewniając ją, że na pewno znajdzie swoich krewnych.

      Przejeżdżając przez Dolny Śląsk, tabor cyrkowy udał się na prośbę lubianej przez wszystkich woltyżerki do miasta Ermannsdorf (Mysłakowice). Na tych ziemiach w 1838 roku osiedlili się mieszkańcy z Zillertal, którzy zbudowali tu czterdzieści trzy domy w stylu tyrolskim z drewna pozyskanego z podarowanego im przez króla lasu. Tak powstała kolonia, która na pamiątkę swojej ojczystej ziemi przyjęła nazwę Zillertal. Finardi zwrócił się do Johana Fleidla, pierwszego starosty kolonii z prośbą o pozwolenie na rozbicie na trzy dni obozu cyrkowego i możliwość zorganizowania dwóch przedstawień dla miejscowych arystokratów i ludności. Starosta Fleidl nie udzielił zgody, ale zaproponował, aby zwrócić się do hrabiny Marii Teresy Matuschko, wielkiej właścicielki ziemskiej. Hrabina, która słynęła ze zdrowego rozsądku i chętnie okazywała wsparcie na rzecz kultury i sztuki we wszystkich jego przejawach, pozwoliła na trzy dni rozłożyć obóz na pięknej równej łące obok wsi Arnsdorf (Miłków), niedaleko jej pałacu. Obiecała nawet zaprosić na pierwsze przedstawienie miejscową arystokrację i ważne osobistości, mieszkające u podnóża Karkonoszy.

      Hana miała nadzieję, że te trzy dni wystarczą jej, żeby odnaleźć rodzinę. Dosiadła najpiękniejszego konia z cyrkowej stajni i udała się w znanym kierunku. Szybko odnalazła kolonię, którą z daleka można było poznać po tyrolskiej architekturze i wpadła w objęcia stęsknionej rodziny.

      Rodzice nie ukrywali łez radości, widząc przybyłą do nich córkę. Przed domem tłumnie gromadzili się sąsiedzi - ci sami, z którymi rodzina sąsiadowała w Tyrolu. Rodzice pomimo tego, że dumni byli ze swojej sławnej córki, to prosili ją żeby porzuciła cyrk i pozostała razem z nimi. Gorąco pragnęli, żeby córka szczęśliwie wyszła za mąż i urodziła zdrowe, wesołe wnuki. Przekonywali ją, że tu w kolonii jest wystarczająco dużo młodych mężczyzn i każdy z nich byłby szczęśliwy, gdyby Hana zgodziłaby się wyjść za niego za mąż. W tłumie zebranych mieszkańców, oparty o płot, stał również Zygfryd, syn najbliższych sąsiadów. Nie odrywał oczu od uroczej dziewczyny. Chłopak był piękny, młody i silny. Kiedy Hanie przedstawiono Zygfryda, młodzi spojrzeli sobie głęboko w oczy i stało się to, co powinno było się stać, przyszła miłość od pierwszego wejrzenia. Hana zaprosiła wszystkich mieszkańców na wieczorne przedstawienie, gdyż bardzo chciała, żeby bliscy zobaczyli ją na scenie i zrozumieli, czym dla niej jest cyrk i kim ona jest w cyrku. Po spektaklu, który został bardzo gorąco przyjęty przez widzów, Hana zaprosiła rodzinę i Zygfryda do swojego powozu, oprowadziła ich po cyrkowym obozie i pokazała swojego ukochanego konia. Poznała swoich krewnych z artystami i z ogromnym wzruszeniem przedstawiła im starego klowna Augusta, który opiekował się nią przez długi czas.

      August uważnie przypatrywał się Zygfrydowi, po którym było widać, że nie tylko bez pamięci jest zakochany w Hanie, ale i ze znawstwem patrzy na konia. "Zna się na koniach, kocha Hanę i lubi zwierzęta" - myślał August.

      Każdą wolną chwilę Hana spędzała w kręgu rodziny i u boku Zygfryda. Razem spacerowali wokół obozu, patrzyli sobie w oczy trzymając się za ręce, szeptali piękne słowa o miłości Wieczorem, w przeddzień odjazdu cyrku, obydwoje zapisali na kartce papieru swoje uczucia i złożyli przysięgę wiecznej miłości. Kartkę włożyli do szkatułki, którą razem z kokardką od sukienki Hany i sprzączką od paska Zygfryda, zakopali na środku areny. Jednakże młody Tyrolczyk nie chciał rozstawać się z dziewczyną, a widząc z jaką troskliwością stary klown dba o Hanę, Zygfryd postanowił zwrócić się do niego z prośbą o radę. August bez wahania odpowiedział, że na jego miejscu długo by się nie zastanawiał i wstąpiłby do cyrku. Sam natomiast przekonał Finardi, że z młodzieńca będzie dobry artysta cyrkowy i mąż dla jego małej woltyżerki.

      Przyszedł czas odjazdu cyrku i czas rozstania. Hanna obiecała krewnym, że na pewno wróci w te strony. Jednak pomimo zapewnień córki, małomówny ojciec dziewczyny zrozumiał, że już nigdy więcej jej nie zobaczy, a po policzkach starego doświadczonego przez życie człowieka popłynęły łzy. Rodzice Zygfryda nie mogli pogodzić się z odjazdem syna i do ostatniej chwili namawiali go, aby porzucił zamiar o wyjeździe i nie zostawiał ich samych na stare lata. Cyrk odjechał i zabrał ze sobą zakochanych, pozostał tylko ból i smutek.

      Mijał czas, koła powozów cyrkowych pokonywały dni, tygodnie, miesiące. Trupa mknęła po drogach Europy. Sława Hany- Zuzanny nie gasła. Zygfryd troszczył się o konie, przejmując jednocześnie od starego klowna jego rolę i wzbogacając sztuczki własnym talentem. Po pewnym czasie występował na arenie ze swoim programem.

      Jednak nie tylko sława i radość towarzyszyły naszym bohaterom. W czasie gościnnych występów w Keningsbergu, na arenie w świetle reflektorów i głośnych braw nagle zmarł August. Cała cyrkowa rodzina pogrążyła się w żałobie, szczególnie zaś Hana i Zygfryd. Zygfryd na pamiątkę po nauczycielu przyjął jego imię August Dammer, tzn. August Smutny.

      Artyści podążali wciąż dalej i dalej, kierując się do St. Petersburga na otwarcie niedawno wybudowanego cyrku, na które będąc jeszcze w Wiedniu, otrzymali zaproszenie. Miasto wywarło na nich ogromne wrażenie, zabudowane wysokimi budynkami, z dużą ilością białych cerkwi zakończonych bajkowymi kopułami. Szczególnie urzekła ich jasna majestatyczna budowla nowego petersburskiego cyrku. Na kolejny dzień, grupa Finardi miała wystąpić na dużym przedstawieniu premierowym. W całej grupie dawało się wyczuć ogromne zdenerwowanie, chociaż każdy w głębi duszy był przekonany, że odniosą wielki sukces. Tak też się stało. Szczególnym powodzeniem cieszył się pokaz woltyżerki, której sceniczny pseudonim Zuzanna stał się popularny w całym mieście. Nie było nikogo, kto by nie chciał zobaczyć jej niezwykłego występu. Każdy, kto tego dnia przebywał w Petersburgu, opuszczał miasto oczarowany niezrównaną pięknością i mistrzostwem młodej dziewczyny, rozpowiadając o jej sławie w całym kraju. Każdy salon czuł się zaszczycony, mogąc urządzić specjalne przyjęcie na cześć Hany - Zuzanny.

      W takie wieczory Zygfryd pozostawał samotny, szedł do stajni i głaskał konia Hany - Lancelota - jedynego rozmówcę w ciągu ostatnich dni i mówił: "Widzisz mój drogi, teraz nie jesteśmy nikomu potrzebni. Dla naszej pani droższe jest bogactwo salonów, promienie sławy, a my pozostaliśmy na świecie całkiem sami". Jedną z takich rozmów przerwała Hana, która weszła do stajni w poszukiwaniu swojego ukochanego. "Jak to? Czyżbym bardziej niż Was ceniła czyjeś uśmiechy? Przecież tylko Wy: Arena, Zygfryd i Lancelot, jesteście całym moim światem, całym moim życiem! Niczego innego nie potrzebuję!" Ze łzami w oczach rzucili się sobie w ramiona i po raz kolejny złożyli sobie przysięgę miłości na całe życie, a Lancelot z akceptacją pokiwał głową. Jednak ani Zygfryd, ani koń nie przeczuwali tego, co może się stać.

      Częste spektakle i bisy, spotkania towarzyskie i rozrywki odbiły się na zdrowiu młodej niedoścignionej woltyżerki. Czuła się ona coraz bardziej zmęczona.

      Zuzanna wjeżdżając na arenę, stała na grzbiecie Lancelota i z uśmiechem, machając ręką witała się z widzami, a jej widok wciąż wywoływał w nich entuzjazm. I nic dziwnego, cały czas poziom jej wspaniałych występów był niezwykle wysoki. Ubrana w pasiasty, obszyty złotem kostium woltyżerki, w świetle różnobarwnych reflektorów wykonywała "taniec elfów" - swój popisowy numer składający się z oryginalnych ewolucji, wykonywanych w pozycji stojącej na grzbiecie konia. Po kilku sztuczkach na arenie, z gracją zeskakiwała z konia, żeby swój numer zakończyć czarującym krokiem tanecznym.

      Podczas jednego z takich występów, kiedy Zuzanna wykonywała swój popisowy taniec na skaczącym koniu, straciła przytomność i upadła na arenę. Dziewczynę zaniesiono do garderoby, ale na próżno - umierała. Znajdując w sobie siły, aby uśmiechnąć się do Zygfryda szepnęła: "Kochany, przypomnij sobie naszą przysięgę", o czym jej błękitne oczy zamknęły się na zawsze.

      W rozpaczy po śmierci swojej jedynej miłości, Zygfryd długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. Bez celu przez wiele lat błąkał się po świecie, dopóki pewnego dnia nie dotarł do Erdmannsdorfu i Zillertal (Mysłakowice). Jednak ani jego rodziców, ani rodziców Hany nie było już pośród żywych.

     Brat i siostra dziewczyny wyjechali w nieznanym kierunku. Zygfryd odwiedził groby krewnych - były czyste i zadbane, a czyjaś troskliwa ręka położyła na nich skromne polne kwiaty. Świadczyło to o tym, że pamięć o ich rodzicach była żywa w kolonii Zillertal. W domach rodziców mieszkali obcy ludzie, a przed budynkami bawiły się nieznane mu dzieci. Nawet hrabiny nie było już wśród żywych.

      August - Dammer, August - Smutny wybrał się na łąkę, gdzie wiele lat temu spędził szczęśliwe chwile z Hana. Znalazł miejsce, w którym zakochani złożyli przysięgę. Po minucie trzymał w ręce otwartą szkatułkę. Ze wzruszeniem wziął naruszoną już przez czas kartkę papieru i czytając wyblakłe słowa odczuł ich znaczenie w swoim sercu, po czym zapłakał nad listem, nad swoim minionym szczęściem, nad młodą Haną. Wyciągnął spod koszuli aksamitną wstążkę, którą były związane włosy i położył ją obok kartki. Długo siedział Zygfryd August Smutny pogrążając się we wspomnieniach, a wraz ze łzami uchodził ból i przychodziło uspokojenie. Zdecydował, że jeśli uda mu się zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, to na pamiątkę o ukochanej, na cześć Hany - Zuzanny, wybuduje na tym miejscu, w Arnsdorf (Miłków), u stóp góry Śnieżki cyrk. Swoją decyzję zaświadczył na kartce, którą włożył do szkatułki i zakopał na poprzednim miejscu, a tam gdzie spadły łzy Augusta wytrysnęło źródełko.

      Po jakimś czasie Zygfryd odwiedził Sankt Petersburg i cyrk, w którym Hana odniosła niebywały sukces, gdzie wraz ze znajomymi mógł powspominać przeszłość. Następnie Zygfryd pożegnał się z nimi i wyjechał. Nikt więcej już go nie widział.

A słońce jak zwykle zaszło za góry przynosząc światu noc


      Historię tę usłyszałem od starego klowna, kiedy będąc w Petersburgu odwiedziłem znajomych z cyrku i opowiedziałem im o swoim zamiarze zamieszkania w Polsce, a dokładnie w Miłkowie, u podnóża góry Śnieżki. Właśnie wtedy stary petersburski klown zaczął przypominać sobie, że te nazwy nie są mu obce, słyszał o tych miejscach od swojego poprzednika, a ten od swojego, a ten od swojego ... itd. Tam gdzieś w tajemnicy czasu leżą źródła tej historii.

      Wzruszyło mnie opowiadanie o Zuzannie i Zygfrydzie, ale potok spraw i wydarzeń wycisnął z pamięci tę historię lub być może legendę.

      Dwa lata temu natknąłem się na źródełko, którego smak wody był wspaniały. Postanowiłem wykopać w tym miejscu studnię dla nas i dla naszych zwierząt - mamy konie, psy i wielbłąda Chestera.

      Nietrudno sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy łopata na coś natrafiła. Nie był to kamień, ale zardzewiała szkatułka.

      Długo mocowałem się aby ją otworzyć, a kiedy uparty przedmiot w końcu pozwolił mi zajrzeć do środka, po prostu oniemiałem. Wewnątrz znajdował się rulon papieru przewiązany niegdyś prawdopodobnie czerwoną aksamitną wstążką. Przyniosłem znaleziony przedmiot do domu, rozwiązałem kokardkę i jak tylko mogłem, ostrożnie rozwinąłem kartkę. Zawierała wypłowiały, ale wciąż w pełni czytelny rękopis. Niestety nie znałem tego języka. Okazało się, że list był napisany w języku starogermańskim. Zawołałem swojego przyjaciela, który zna niemiecki i wspólnymi siłami odczytaliśmy pismo.

      Przyjaciel patrzył na mnie z niepokojem, kiedy odłożyliśmy list na stół. Zasłoniłem twarz rękoma, zamyśliłem się i stopniowo zacząłem rozumieć co takiego znalazłem. Przecież to niemożliwe, to nie może być prawda, żeby ów znaleziony przedmiot w szkatułce potwierdzał historię, która krążyła przez dwa stulecia w świecie cyrku. Ale tak właśnie było!

      Wtedy zrozumiałem, że nieprzypadkowo usłyszałem tę historię i znalazłem szkatułkę. Powinienem stać się wykonawcą woli Augusta Zygfryda i urzeczywistnić jego marzenie, tzn. oddać cześć nadzwyczajnej woltyżerce, czystej miłości i niezwykle pięknemu światu cyrku.

      I tak też się stanie.

Michaił Pawłow

Miłków, 2002 rok.